Minimalizm w praktyce – jak urządzić wnętrze, które oddycha

Z WikiKnihovna

No właśnie, prywatność. To był mój największy ból głowy, zwłaszcza że mieszkam na parterze. Przez pierwsze miesiące miałam na oknach matową folię, ale wyglądało to jak w kiblu. Potem odkryłam firany o gęstym splocie, przez które widać tylko zarysy sylwetki, a nie to, co jesz na kolację. Do tego dołożyłam rolety rzymskie z tkaniny przepuszczającej światło – reguluję je tak, żeby zasłonić tylko dolną część szyby. Sąsiad z naprzeciwka widzi moje kwiaty na parapecie, ale nie to, że chodzę w dresie. I nikt nie musi wiedzieć, że moja kanapa z funkcją spania stoi rozłożona od wczoraj, bo spała na niej kumpela po imprezie.

Kluczowym wyzwaniem okazało się przechowywanie rzeczy, które nie są używane codziennie, jak zapasowe koce czy walizki. Tu sprawdziło się łóżko z pojemnikiem na pościel, ale też wersalka w salonie z pojemnym schowkiem. Każdy mebel w moim mieszkaniu ma drugie dno. Nawet stół jadalniany ma składany blat, który chowam, gdy nie ma gości. Dzięki temu przestrzeń nigdy nie jest przeładowana, a ja mam wrażenie, że oddycham.

W kuchni minimalizm oznacza dla mnie ograniczenie liczby sprzętów do niezbędnego minimum. Zamiast pięciu garnków mam jeden uniwersalny, a zamiast ekspresu do kawy – zaparzacz. To nie tylko oszczędność miejsca, ale też czasu. W małym metrażu każdy przedmiot, który stoi na blacie, musi być używany przynajmniej raz w tygodniu. Jeśli nie – ląduje w szafce lub wraca do sklepu. Mój chłopak początkowo narzekał, ale po miesiącu przyznał, że łatwiej się gotuje i sprząta.

Kiedy wreszcie wprowadziłam się do swojego pierwszego mieszkania, myślałam, że największym wyzwaniem będzie dobór kanapy czy koloru ścian. Prawdziwy orzech do zgryzienia okazały się jednak zasłony i firany. Przez trzy tygodnie chodziłam do sklepów z próbkami tkanin, mierzyłam, przykładalam, a w końcu kupiłam coś kompletnie innego, niż planowałam. Bo okna to nie tylko dziura w ścianie – to element, który decyduje o tym, czy w pokoju czujesz się bezpiecznie, czy jak na wystawie sklepowej. I uwierz mi, popełniłam przy tym tyle błędów, że mogłabym napisać poradnik grubości encyklopedii.

Nie ukrywajmy, że życie z zasłonami to też ciągłe pranie i prasowanie. Moje firany z woalu po trzech miesiącach zrobiły się szare od kurzu z ulicy. Wpadłam na pomysł, żeby kupić drugi komplet i prać je na zmianę – jeden wisi, drugi czeka w szafie. Przy okazji odkryłam, że lepiej prać w siatce i suszyć rozwieszone od razu, bo inaczej zagniecenia zostają na amen. A jeśli masz tapicerkę welurową na kanapie, to kurz z firanek osiada na niej podwójnie. Dlatego odkurzam tapicerkę co tydzień, a firany wytrzepuję na balkonie. To żmudne, ale opłaca się, bo wnętrze wygląda świeżo.

W salonie postawiłam na sofę, która nie tylko gościła mnie wieczorami, ale też stawała się miejscem do spania dla przyjaciół. Wybór padł na kanapę z funkcją spania z mechanizmem DL, który rozkłada się bez zdejmowania poduszek. To niby szczegół, ale w praktyce oszczędza mi kilkanaście minut przy każdym sprzątaniu. Do tego tapicerka welurowa w odcieniu antracytu – ciemna, ale nie przytłaczająca, a przy tym bardzo łatwa w utrzymaniu. Mój pies nie zostawia na niej widocznych śladów, a kurz nie osiada tak mocno jak na jasnych tkaninach.

W kuchni też musiałam zrobić porządek. Szafki wiszące to podstawa, ale najważniejsze jest wykorzystanie pionowych przestrzeni. Zamontowałam haczyki na ścianie nad blatem – tam wieszam chochle, patelnie i ściereczki. Dzięki temu blat jest wolny, a ja nie tracę czasu na szukanie potrzeby ostrygi. Do tego kilka przezroczystych pojemników na makaron i kasze – od razu widać, co się kończy. Organizacja przestrzeni w kuchni to dla mnie ciągłe wyzwanie, bo gotuję dużo i często, ale te proste triki naprawdę działają.

W pokoju dziennym postawiłam na meble z prostymi liniami, ale z ukrytymi funkcjami. Wersalka, którą wybrałam do kącika wypoczynkowego, ma wbudowane schowki na drobiazgi. To rozwiązanie uratowało mnie przed wiecznym bałaganem z pilotami i książkami. Każda rzecz ma swoje miejsce, a ja nie muszę przed wizytą gości gorączkowo chować wszystkiego do szafy. Minimalizm to dla mnie przede wszystkim porządek, który nie wymaga codziennej walki.

Kiedy wprowadzałam się do swojego pierwszego mieszkania o powierzchni 38 metrów kwadratowych, myślałam, że minimalizm to po prostu białe ściany i puste półki. Szybko się przekonałam, że to bardziej strategia przetrwania w małym metrażu niż moda. Każdy centymetr musiał pracować na siebie, a ja nie miałam miejsca na rzeczy, które nie służyły konkretnemu celowi. Zamiast kupować kolejną dekorację, zaczęłam analizować, jak przestrzeń ma funkcjonować. I to było kluczowe.

Pierwszą rzeczą, która uratowała moje nerwy, było zainwestowanie w łóżko z pojemnikiem na pościel. Mieszkam na trzydziestu metrach i każdy centymetr powierzchni jest na wagę złota. Dotąd trzymałam koce i poduszki w wielkim worku pod stołem, co wyglądało okropnie. Teraz wszystko znika w przestronnym schowku pod materacem. Co więcej, wybrałam model na stelaz listwowy, który nie tylko zapewnia wentylację, ale też nie skrzypi przy przewracaniu się z boku na bok. Dołożyłam do tego porządny materac piankowy o grubości 16 centymetrów – i śpię wygodniej niż w niejednym hotelu.